Trzy kwiaty

Urodził się w biednej rodzinie. Jego ojciec był spawaczem a matka nie pracowała bo była chora. Starali się wiązać koniec z końcem. Pomagała im babcia i dziadek do których jeździli na wieś, zawsze dostali jakiegoś świniaka i miody z pasieki, które sprzedawali sąsiadom. Mieszkali w wielkim betonowym bloku, wytworze komunizmu i sami byli jego wytworem. Proletariat, Prlowskie mróweczki które po upadku gniazda zobaczyły światło nowej nadziei, które dane zostało przez wielkiego bohatera. Były to czasy kiedy wielki patriota i idol ludu obalał zapluty system ucisku maluczkich, historia z niego zadrwiła i z tych którzy go poparli. Paweł bo tak miał na imię, był ciekawym świata dzieckiem, beztroskim jak inne. Uwielbiał jeździć do babci, tam bawił się z innymi dziećmi, obcował ze zwierzętami hodowlanymi a najwięcej z krówką Matyldą, którą dziadek kupił za pół darmo po upadającym PGerze. Fascynowały go wymiona i lubił ssać z nich mleko, tłuściutkie mleczko prosto od krówki. Krówka Matylda lubiła też jak drapał ją po podgardle. To była poczciwa krówka. Ganiał za królikami w wielkiej szopie i pomagał babci lepić makaron. Pewnej nocy, kiedy blady księżyc sunął bezgłośnie po firmamencie niebios, małego Pawełka obudziły straszne dźwięki dochodzące z dworu. Jazgot, wycie, szczekanie, diabelskie odgłosy z każdego krańca przestrzeni. Dziadek z szybkością błyskawicy stanął na równe nogi, podbiegł do szafy i wyjął z niej nabitą fuzję. Wybiegł na zewnątrz ryglując drzwi. Przerażony Pawełek podbiegł do okna zobaczyć co się dzieje, jego wrodzona ciekawość przezwyciężyła strach. W oknie zobaczył tylko ciemność i księżyc w pełni, który świecił jak oko latarki. Z pustej zasłony ciemności wyłoniły się dwa czerwone świetliki oraz głowa i tułów bestii. Biały wilk odsłonił całkowicie swe oblicze. Ubrany w kolor śnieżnego puchu, dumnie patrzył się w oczy Pawełka. Był jak z bajki, jak ze starożytnego snu. Pawełek był wpatrzony w niego jak w obrazek. Z okiennej wizji wytrącił go ogłuszający huk wystrzałów. Wilk zniknął tak szybko jak się pojawił. Wystraszony Pawełek zawinął się w kołdrę i nie wyszedł z tego puchowego kokonu aż do rana. Nazajutrz dziadek liczył straty po nocnej bitwie. Jeden wilk w zamian za 5 królików i jedną krowę. Niestety biedna krówka Matylda padła ofiarą watahy wilków, zostało z niej tylko walające się truchło z wyżartym bokiem. Pawełek przyjrzał się upolowanemu wilkowi. Był szary i o wiele mniejszy niż ten, którego widział zeszłej nocy, mówiąc szczerze bardziej przypominał mu zdziczałego psa niż wilka. Życie musiało toczyć się dalej. Ze wszystkich dzieci na wsi Paweł najbardziej lubił małą Jowitkę. Byli jak nierozłączna para i wszystko robili razem. Ganiali się po kwiecistej łące, wspinali się na strome nasypy i zrywali z nich szczaw, z którego babcia Pawła gotowała pyszną zupę. Bawili się w rzucanie kaczek do stawu i drażnili się z grubym kotem Kleofasem, który miał śmieszną ciapkę pod okiem i lubił przesiadywać u sąsiadów na ganku. Bawili się też w dom i rodzinę, jak to małe dzieciaki, nie rozumiejąc do końca co to znaczy. Pawełek poznał też czym się różni dziewczynka od chłopaka. Bawili się w starej stodole w doktora, jak to małe niewinne dzieci. Dowiedzieli się o tym rodzice Jowitki. Byli to ultra katoliccy fundamentaliści, którzy w kościele siedzieli zawsze pierwszej ławce, i pierwsi byli przy proboszczu aby ucałować jego wielki pierścień. Awantura była na całą wieś. „Ale to tylko małe ciekawskie dzieci”, tłumaczyła się babcia Pawełka. Rodzice Jowitki zabronili jej zadawać się z innymi dziećmi i zbili ją na kwaśne jabłko. Paweł myślał, iż już jej więcej nie zobaczy. Jej historia poszła innymi torami. W niedługim czasie gospodarstwo dziadka upadło, z powodu przemian systemowych, nie opłacało się już pędzić miodu a żywy inwentarz oraz małe poletko były zbyt mało wydajne aby z tego wyżyć. Po pasiece dziadka zostały tylko opustoszałe ule, które przypominały małe opuszczone miasteczko. Dziadek w niedługim czasie popadł w alkoholizm. Przesiadywał na drewnianych ławeczkach przed jedynym na wsi sklepie w towarzystwie jemu podobnych, sierotach po PRLowskich PGerach, niektórzy mieli jeszcze pracę na roli ale żalili się, że jest coraz gorzej. Mieli jeszcze małą babciną rentę, ale musieli na przestrzeni lat wyprzedawać wszystkie króliki, świnki, a połowę swojego poletka sprzedali nowobogackiemu kapitaliście, który w tym miejscu chciał sobie wybudować garaż koło swojego wiejskiego domu, do którego przyjeżdżał na urlop. Dogorywali na wsi powoli, nie pomógł nawet proboszcz, chociaż cały czas dużo łożyli na kościół przez całe swoje życie, chociaż nie byli tak gorliwi w wierze jak inni na wsi. Proboszcz miał inne plany, wybudował salkę katechetyczną przy kościele i założył katolickie gimnazjum i liceum ogólnokształcące. Kościół musi się rozwijać, z krwi swoich wiernych. Czas leciał nieubłaganie. Pawełek nie jeździł już na wieś, ale miał jej sielankową wizję w swojej podświadomości zaszczepioną tam przez spokojne życie bliżej przyrody. W mieście było inaczej smród samochodów, kwadratowe bloki, i wszechogarniający pęd i wyścig szczurów. Szkoła podstawowa przeleciała Pawełkowi jak krajobraz w oknie pociągu. Nudno i beznamiętnie. Nie wyróżniał się od innych dzieciaków. Oceny miał średnie, jeździł na wycieczki, kolegował się z różnymi dzieciakami. Nie odczuwał zbytnio tego, iż jego rodzina jest biedniejsza od innych. Aż do czasu szkoły średniej gdzie spotkał go zawód i trauma, która odbiła się na całym jego życiu.

Iwona była piękną szczupłą długowłosą blondyneczką. Zadziorna jak kotka, smukła jak łania. Była rozpuszczoną dziewuszką, rozpieszczaną od najmłodszych lat. Jej ojciec był kapitanem na wielkim frachtowcu. Kiedy inne dzieci jadły kradzione jabłka z sadów, ojciec przywoził jej pomarańcze i inne egzotyczne owoce a także drogie czekolady i inne luksusowe rzeczy. Raz przyniosła do zerówki kiwi, a dzieciaki się dziwiły co to za owłosione ziemniaki. Była zawsze w centrum uwagi, jak malutka gwiazdka. Jej ojciec był postawnym dobrze zbudowanym mężczyzną, którego twarz ozdabiała dostojna i męska broda. Matki nie pamiętała, rozwiedli się gdy była maleńkim berbeciem. Ojciec nigdy nie wyrażał się o niej dobrze. Najczęściej po upojeniu alkoholowym, nazywał ją głupią szmatą. Był bardzo przystojny, miał kochankę w każdym porcie i często przez jego alkowę przewijały się różne kobiety. Raz nieopatrznie mała Iwonka, przez uchylone drzwi do sypialni podejrzała jak obracał na wszelkie możliwe sposoby kobietę, którą poznał w pobliskim barze, w czasie kiedy na jakiś czas wrócił z rejsu. Lgnęły do niego wszystkie białogłowy, prawdziwy wzór silnego samca, osobnik alfa. W swoim życiu zanim jeszcze został kapitanem, łapał tuńczyki jako zwykły rybak na odległych morzach. Pływał też jako wojskowy na minowcu w okresie schyłku zimnej wojny. Podświadomie podkochiwała się w nim, w swoim własnym ojcu. Zarysował się u niej mały kompleks Elektry. W szkole średniej kiedy zaczął się okres szaleństwa hormonów, każdy chciał być najsilniejszym Danielem na rykowisku. Nikt nie chciał być z tyłu, wyścigi pierwszych szczurów, system kastowy gniewnych nieletnich. Popełniłeś błąd, nie byłeś trendy, założyłeś dwie różne skarpety, twoja bluza nie była oryginalna, sąd skorupkowy ogłaszał ciebie nieczystym. Problemem Pawła było, iż natura obdarzyła go niesamowitym zmysłem estetycznym i poczuciem piękna, talent który stał się przekleństwem w świecie ludzi którzy kierowali się jedynie zasadą siły. Dużo rysował, bardzo szybko osiągnął mistrzostwo w szkicu. W szkole rysował tylko ją, podobała mu się niesamowicie. Na każdej przerwie stawała się jego nieświadomym niczego modelem. Na uboczu korytarza podczas każdej przerwy doskonalił swoje rzemiosło. Ona nie wiedziała nawet o jego istnieniu. Zadawała się zawsze tylko z najbogatszymi i najbardziej trendy i cool ludźmi. Taki był Sebastian który uczęszczał do prywatnego liceum. Syn ubeckiego generała, który trząsł całym półświatkiem w mieście. Przepychany z klasy do klasy łapówkami ojca, zadawał się z największymi osiłkami w szkole. Półgłupkowaty, jedyne co go obchodziło to wyrywanie lasek i dominowanie nad innymi. Całe dnie przesiadywali z kolegami na siłowni i gadali o swoich podbojach seksualnych na imprezach i o sposobach na zwiększanie swoich mięśni. Sebastian załatwiał sterydy, jego ojciec zajmował się różnymi ciemnymi interesami, nie miał problemu z dostępem do towaru. Był postrachem całej szkoły, i brał co chciał, bo wiedział, że ojciec znajomościami i pieniędzmi potrafi wszystko załatwić, czuł że wolno mu wszystko. Iwonę poznał na dyskotece, zaimponował jej, złotym zegarkiem, mięśniami i tym, że stawiał jej najdroższe drinki. Wiele razy przeleciał ją w toalecie na imprezie. Traktował ją jak kolejną laskę do zaliczenia, tak jak inne z którymi spotykał się pokątnie. Ją jednak chciał mieć przy sobie, była najładniejsza z jego haremu i czuł do niej największy pociąg. W jego mniemaniu była jego własnością. Często się z nim rozchodziła, twierdząc, iż „wszyscy faceci są tacy sami”, zastanawiała się gdzie są ci dobrzy mężczyźni, którzy traktowali by ją tak jak na to zasługuje, jednakże zawsze wracała do niego po nowe wrażenia. Paweł nie chodził na imprezy, nic w życiu nie przychodziło mu łatwo, ciężko się uczył i kształcił swój warsztat rysunku. Na każde wakacje jeździł za granicę zbierać truskawki aby pomóc trochę rodzicom i mieć na profesjonalne ołówki i inne przybory, zbierał także na komputer. Ze wszystkich dziewczyn, które spotykał w szkole najbardziej podobała mu się Iwona. Ćwiczył na niej swoje rysunki. Raz zebrał się na odwagę, podszedł do niej kiedy akurat nie było w pobliżu nikogo i wręczył jej portret nad którym pracował całymi wieczorami. Jej twarz była oddana z zegarmistrzowską precyzją, realistyczna jak ze zdjęcia. W tym szkicu zawarta była dusza Pawła. Była zszokowana, nie widziała nigdy czegoś tak pięknego. Uśmiechnęła się do niego i przyjęła podarunek. On na pożegnanie pocałował ją w rękę. To był mały krok dla człowieka ale wielki dla ludzkości. Paweł dawał jej swoje dzieła. Pewnego razu w akcie śmiałości, podarował jej akt. Wyidealizowane wyobrażenie jej nagiego ciała spowodowało rumieńce na jej twarzy. Zachichotała rubasznie i również go przyjęła. Była bardzo próżna, to jest to co lubiła, czym karmiła swoje ego. Paweł jednakże nie miał świadomości tego co tak naprawdę siedzi w jej głowie. Nie rozumiał tego, iż nie ma u niej żadnych szans. Na jeden papierowy zrzut jego duszy i talentu, przypadały torebki i pierścionki i drogie ciuchy, które kupował jej Sebastian. Chodziła z nim na różne potańcówki, gdzie stawiał jej drogie drinki, tańczył z nią i prężył muskuły. To kobiety lubią najbardziej, a ona była prawdziwą kobietą, o którą zabijaliby się Tutsi i Hutu. Paweł był dla niej tylko ciekawostką turystyczną. Podświadomie gardziła ludźmi o niższym statusie społecznym niż ona, nie wiedziała jednak jak to powiedzieć Pawłowi, uświadomić mu, żeby jednak się od niej odczepił, bo i tak jego rysunki po jakimś czasie wyrzucała do śmietnika, nie traktowała tego poważnie. Najczęściej ubierała się w seksowną czerwoną sukienkę i takiego koloru Paweł kupił jej różę, piękną czerwoną różę. Bujał w obłokach jak Piotruś Pan. Każda myśl o spotkaniu z Iwoną napełniała go chęcią do życia i tworzenia. Postanowił wręczyć jej kwiaty na przerwie, bez żadnego wstydu, nie zważając na ludzi, oczadziały był z miłości. Iwona była z koleżankami koło trzepaka za szkołą gdzie paliły papierosy, byli tam też chłopacy ze szkoły. On podszedł do niej, wręczył jej kwiaty na oczach wszystkich zgromadzonych i zapytał się jej czy nie chciałaby być jego dziewczyną. Nastała niezręczna cisza, ktoś z tyłu się podśmiewał. Ona stała zszokowana, nie myślała, że ten lamus odważy się na coś takiego. Co by pomyślały jej koleżanki, już się z niej śmiały, iż w ogóle zadaje się z takim podmiotem. Jej koleżanki blachary i lampucery, podśmiewały się z niej. Wzięła różę i podpaliła ją żarem z papierosa, kiedy się spaliła rzuciła ją pod nogi i zdeptała. „Co ty sobie myślisz lamusie, uważasz że grasz w mojej lidze? Spójrz na siebie, łachmyto. Idź pomóc ojcu sprzedawać staniki na straganie, przegrańcu”. Jego ojciec po pracy na stoczni sprzedawał przy rynku niemieckim kobiecą bieliznę by dorobić trochę grosza. Wszystko to co powiedziała podyktowane było tym, żeby nie wypaść głupio przy swoich koleżankach. To ona była elitą a on dzwonnikiem z notre’dame. Nie mogła sobie pozwolić aby jej reputacja nadwyrężona została przez jakiegoś ciecia, pomimo tego, iż wcale nie chciała go tak poniżyć. Dzisiaj może skończyło by się bez większych ceregieli, pomimo tego, iż Paweł został zdruzgotany psychicznie w tym momencie. Zza murku wyszedł Sebastian, wracał w tym momencie z siłowni i pomyślał, że zajrzy do swojej dziuni na przerwie. Ubrany był w czarny dres adidasa ze złotymi pasami a ramię przepasane miał torbą treningową. Miał podwyższony poziom testosteronu, dzisiaj przyjął w tyłek dwie ampuły propionatu. Kiedy zobaczył Pawła obok iwony rzucił torbę i podbiegł w amoku, „czego chcesz od mojej kobiety, wpierdolu dawno nie dostałeś?”, po czym uderzył go tak mocno, iż ten upadł na kolana, zrzygał się i zesrał. Kawałki wymiocin oblepiły teczkę ze szkicami, którą upuścił na ziemię. Do domu zabrali go koledzy. Biedna matka była zrozpaczona kiedy zobaczyła w jakim stanie wnieśli go do domu. Paweł tego dnia siedział pod biurkiem opatulony kocem i nie ruszał się w ogóle. Na drugi dzień przyszło do domu Pawła dwóch osiłków. Otworzyła im matka. Rzucili jej zwitek pieniędzy pod nogi jak kość bezpańskiemu psu. „Cała sprawa Z Pawłem nie trafia na policję” po czym wyszli. Matka stała w przedpokoju i łzy leciały jej po polikach. Czy można przeliczyć cierpienie na pieniądze? Od tego czasu Paweł zamknął się w sobie i zaczął więcej przesiadywać przy komputerze, zaczął się nawet jąkać. W szkole nazywali go obsrańcem, społeczeństwo nie ma litości dla kogoś komu potknęła się noga. Do końca szkoły został naznaczony stygmatem. Inni przeżywali swoje pierwsze miłości i romanse, Pawłowi zostało to odebrane. Inni tracili dziewictwo, on leczył depresję. Jego samoocena spadła prawie do zera i brak kontaktu z kobietami spowodował, iż zostały upośledzone jego umiejętności interakcji. Traktowali go jak wyrzutka, jak śmiecia, żadna przecież nie chciała by mówiono o niej, że jest dziewczyną obsrańca. Raz Paweł przemógł się i poszedł z kolegami na domówkę klasową, grali w butelkę i padło na niego. Dziewczyna która miała go pocałować zrobiła to z odrazą przez chusteczkę. W szkole dziewczyny brzydziły się go. Wrócił do domu i bielmo spadło z jego oczu. Uświadomił sobie, iż nie ma już żadnych szans i przestał się starać. Był poza rykowiskiem. Do końca szkoły nie mógł znaleźć dziewczyny.

Jowita uczęszczała do szkoły podstawowej na wsi, a po niej rodzice zapisali ją do gimnazjum katolickiego z którego miała pójść do katolickiego liceum. Przez zaprogramowanych przez wiejski kościół rodziców w zaściankowej wiosce, Jowita dostała ogromną porcję religijnej indoktrynacji. Musiała wkuwać całe fragmenty biblii na pamięć a z sal katechetyczny sączył się jad na temat odrażającej cielesności. Jowitę uczyła sfrustrowana katechetyczna, której fryzura przypominała kopułę starej suszarki fryzjerskiej. Słuchała cały czas o obrzydliwościach ciała, pokusach szatana, tym, żeby wystrzegać się mężczyzn, którzy nie przestrzegają najwyższych praw nadanych przez papieża. O czystych związkach. O Sodomie i Gomorze, że Bóg legitymizuje miłość cielesną tylko jeśli niesie za sobą przedłużenie życia. Sama katechetka, która była zwichrowana psychicznie tłukła dzieciom do głów, że Szatan czyha na nie wszędzie, i nie powinny nawet myśleć o grzechu a co dopiero go czynić. Była starą niedopieszczoną, mieszkającą z kotami moherową ciotką, u której radio Maryja leciało na okrągło. Dawała sute datki na tacę i komplementowała proboszcza, podkochiwała się w nim skrycie, tak ładnie dawał kazania. Dzieciom do głów wtłaczała swoje frustracja zawoalowane  w religijną treść. Żaden facet nie chciał z nią być bo była męczącą starą zołzą. W szkole na lekcjach mogła dać pełnię swoich możliwości, czuła się biczem bożym i jego sprawiedliwością. Każdego dnia kawałek po kawałku zabierała dzieciom im niewinność i radość a wtłaczała zwichrowane kościelne wartości. Wtłaczała im wstręt do własnego ciała, poczucie winy, nieczystości i że tylko droga samo umęczenia wiedzie do zbawienia. Dzień w dzień, miesiąc w miesiąc rok w rok, programowanie kościelne dało rezultaty. Jowita stała się całkowicie aseksualna i bała się cielesności. Brak zdrowej nauki o seksie spowodowały u niej głębokie zmiany psychiczne. Rodzice, również trzymali ją krótko i dyrygowali jej życiem i chowali ją pod kloszem. Wybrali jej też studia, fizyka techniczna. Tłukli jej do głowy, iż bez dobrego wykształcenia niewiele osiągnie w życiu. Pomimo tego iż na ścianach wisiał Chrystus atmosfera domowa byłą iście Hitlerowska. Jowita byłą ubezwłasnowolniona całkowicie w ścieżce swojego losu. Wydawało im się, że czynią dobrze, żaden grzesznik jej nie skrzywdzi, zapomnieli o zwykłym człowieczeństwie o którym nauczył Chrystus, że każdy musi się czasem sparzyć i czegoś doświadczyć. Jako już młoda dziewczyna stała się apodyktycznym aseksualnym ramolem, w jej umysł wryło się to, iż przekazane jej wartości są jedyne i ponad wszelkimi innymi, uczyła się najlepiej ze wszystkich dzieci na wsi, była bita w domu i straszona piekłem jak nie przynosiła najlepszych ocen. Po jakimś czasie szkoła, rygorystyczne zasady i stan wykształcenia stał się czymś najważniejszym dla niej i zaczęła z tego powodu zadzierać nosa. Tak jej tłukli rodzice, Bóg, Szkoła, czystość. Jako młoda dziewczyna była podświadomie już tym zmęczona. Wyjazd do miasta na studia pozwoli uwolnić się jej od rodziców, i spowodował, że weźmie większy haust życia. Chciała też znaleźć życiowego partnera.

Anetę poznał na portalu społecznościowym, świat wirtualny dawał mu więcej pewności siebie. Spodobał mu się jej profil, ładna buzia, lubiła anime, a ona kochał rysować, tak zaczęli rozmowę. Po wszystkich tych traumatycznych przeżyciach, zainicjowanie rozmowy nawet przez internet było dla niego wyczynem, ale się przemógł, gadka szmatka o serialach. Rozmowa się kleiła. Nie mógł uwierzyć udało się z nią omówić. Wspominała coś iż interesuje się czarną magią i okultyzmem. Kupił różę i pomalował ją sprayem na czarno. Kiedy ją poznał na żywo jedyne co się zgadzało to ładna buzia, Aneta była otyła ponad wszech miarę, ubierała się w stylu gotów i emo. Aneta umawiała się z chłopakami przez portale społecznościowe wystawiając na nie tylko zdjęcia swojej twarzy i takie, które ukrywały jej otyłość. Marzył jej się książę na złotym rumaku, ale kiedy tylko na żywo przekonywali się jak zostali oszukani, znajomości urywały się. Aneta nie dopuszczała takiej możliwości, iż z nią jest coś nie tak. Jej ulubionym zajęciem było jedzenie kremówek i drogich kiełbas. Jadła bez umiaru, i nie uprawiała żadnego sportu, jej ulubionym zajęciem było leżenie na kanapie z paczką czipsów i granie w gry komputerowe i oglądanie filmów animowanych. Z okultyzmem miała mało wspólnego przyozdabiała się symbolami nie mając nawet pojęcia co oznaczają, to był tylko wyraz jej buntu. Paweł kiedy ją zobaczył nie uciekł tak jak inni. On wiedział, jego psychika podpowiadał mu, że i tak na kogoś lepszego nie będzie go stać z racji jego stanu posiadania, bo ładne kobiety są dla bogatych gogusi. Chodził z nią przez pewien czas. Pracowała w mało powierzchniowym sklepiku osiedlowym. Była feministką, nienawidziła facetów, którzy nie poznali się na jej pięknie wewnętrznym i zewnętrznym chociaż była gnuśna i leniwa i obwiniała cały świat za swoje niepowodzenia. Tak jak każda feministka, Pawła traktowała jak kawałek męskiego, samczego mięsa, nie szanowała go w ogóle. Raz nawet w afekcie spoliczkowała go kiedy wróciła poddenerwowana od lekarza. Pawła koledzy ze szkoły średniej pytali się czy w końcu stał się mężczyzną i czy w końcu jakaś mu dała. Postanowił oddać swą cnotę Anecie bo w takim wieku bycie prawiczkiem wydawało się trochę śmieszne i żałosne, w końcu musiał to zrobić. Jednakże był jeden problem, kiedy przyszło co do czego nie chciał mu nawet stanąć, żołnierz nawet nie stanął do apelu. Jej ciało było aseksualne i przypominało mu rozgotowanego pieroga. Żeby w ogóle móc stanąć na wysokości zadania, musiał kochać się z nią oglądając film porno, do tego jej zapach przypominał mu smażoną cebulę. Nie patrzał nawet na nią i pchał mocno na oślep w zwały tłuszczu. To był jego pierwszy seksualny kontakt, wydało mu się to obrzydliwym doświadczeniem. Po skończonym razie wyśmiała go, że jest pół mężczyzną i nawet nie potrafi dogodzić kobiecie. Coś w nim pękło. Powiedział jej żeby się wzięła za siebie i schudła trochę, bo nie ma zamiaru być z lądowym kaszalotem. Wkurwiona wywaliła go za drzwi i na odchodne krzyczała „wszyscy faceci są tacy sami”, „głupie szowinistyczne świnie” …

Wracali z suto zakrapianej imprezy jego czarnym BMW. Przez całe swoje życie nie musiała na nic pracować, wszystko co chciała dostawała na tacy. Traktowała Sebastiana jak dojną krowę, używając swoich wdzięków, lubiła także jak ostro ją zerżnął, nikt nie umiał zerżnąć jej tak jak on, dlatego często do niego wracała pomimo tego, że traktował ją jak kawał mięsa. W jej myślach była tylko zabawa, ucieczka od prawdy o samej sobie, prawdy, iż była tylko zwykłą luksusową szmatą. Uwielbiała być na haju. Sebastian załatwiał towar jaki chciała, Feta, Koks, tej nocy drogie drinki lały się strumieniami. Dawka kokainy, którą pochłonęła sprawiła, iż zatraciła całkowicie poczucie rzeczywistości. Tak jej było dobrze, materialistyczne zombie. Szarpała jego gałkę zmiany biegów, a za szybą błyskało listowie drzew nocną porą. Sebastian był po cyklu na dece, nie chciał mu nawet stawać, bawiła się więc jego flakiem. Długie nadużywanie sterydów i używek spowodowało trwałe zmiany neurologiczne w jego mózgu. Droga nocą, niebezpieczna kochanka, martwe miraże pośród ciemnej przestrzeni. Pas drogi snuł się leniwie, a drzewa po bokach wyglądały jak dwie kolumny salutujących żołnierzy. Wtem Sebastian zauważył powiększającą się białą plamkę która stawała się coraz jaśniejsza i bardziej wyrazista. Nie wiedział czy to obiekt na drodze czy odblask od znaku na szybie, alkohol i narkotyki stępiły jego zmysły. Delirium tremens. Chciał to wyminąć, kręcił kierownicą w lewo i w prawo ale biała plama cały czas stała mu przed oczami w tym samym miejscu. Ostatni obraz jaki zobaczył w swoim życiu to wściekła paszcza i długie ostre kły, ogromy biały wilk wyrósł mu przed maską jak mała góra lodowa, skręcił panicznie samochodem, koła zabuksowały, samochód wpadł w poślizg i wylądowali na drzewie. Iwona odzyskała przytomność po krótkiej chwili szoku i odwróciła głowę w kierunku siedzenia kierowcy, przedni słupek ściął pół jego głowy a zawartość rozprysła się po kabinie kawałki galaretowatego szarego ciała oblepiły jej czerwoną sukienkę, a kilka znalazło się na jej dłoni, oblizała ją odruchowo. Smakowało jak grudki nieposłodzonego budyniu. Aż do końca życia do jej świadomości nie dotarło co się właściwie stało, była zbyt naćpana. Czyjaś sylwetka mignęła za szybą. „Puk”, „puk”, głuchy odgłos pukania w szybę, odezwał się przytłumiony głos, „halo, jest tam kto? Czy nikomu nic się nie stało?” Iwona otworzyła drzwi. Nieznajomy mężczyzna włożył do środka głowę, kiedy zobaczył stan ciała kierowcy, i kawałki mózgu walające się po wnętrzu, cofnął się poza pojazd i prawie zwymiotował. Karetka przyjechała szybko i zabrali ją do szpitala, mało z tego wszystkiego pamięta pomimo tego, iż wyszła z wypadku prawie bez szwanku. Natomiast Sebastian … trup z połową głowy i wyciągniętym ze spodni fiutem wyglądał dosyć groteskowo, zapakowali go do czarnego wora. Dalsze, jej życie bez Sebastiana stoczyło się po równi pochyłej jak kulka żuka gnojarza po leśnym pagórku. Jej ojciec zaginął podczas rejsu, statek porwali somalijscy piraci, nie dostawała już od niego pieniędzy. Zrozumiała, iż jedyne co miała to seks i kasa. Próbowała znowu złapać bogatego leszcza na imprezie ale bez skutku, wszystkie jej znajomości kończyły się po jednym razie, po tym jak faceci orientowali się, o co chodzi, więcej się z nią nie spotykali. Zaczęło jej brakować pieniędzy na egzystencję a tym bardziej na narkotyki, które umilały jej nędzne życie. Próbowała także normalnie pracować, zatrudniła się na stoisku mięsnym. Niestety była zbyt delikatna i tępa nawet na to żeby kroić mięso i wędliny. Po jakimś czasie więc aby mieć duży stały dopływ gotówki została luksusową prostytutką …

Paweł po rozstaniu z Anetą pracował przez jakiś czas zagranicą na zbiorach truskawek, a następnie postanowił rozpocząć studia zaoczne z grafiki komputerowej bo chciał rozwinąć swój talent a, że przez to, iż więcej siedział przy komputerze izolując się od ludzi zaczął zajmować się grafiką komputerową i również znalazł w tym swój talent. Znalazł pracę w mieście aby opłacić studia. Jowitę spotkał zupełnie przypadkiem w autobusie w trakcie jazdy do pracy. Patrzał się na nią przez cały czas podczas jazdy, podświadomie czuł, iż skądś ją zna. Ona spojrzała się w jego kierunku ich wzrok spotkał się, odwrócił głowę na bok udając, że skupia się na czymś innym. Podeszła do niego. Spiął się i poczuł nieswojo, pewnie chce mu powiedzieć żeby się odwalił. „Hej, przepraszam, czy my się aby nie znamy?”. Wyglądał jak zupełnie normalna dziewczyna, nic specjalnego ,ale też nie była brzydka, miała pociągłą twarz twarz która przypominała mu łasiczkę. „Nazywam się Jowita, a ty?”, „Jowita?” coś w nim drgnęło. „Paweł, Nazywam się Paweł”, „Czy mieszkałaś może kiedyś na wsi?”. I tak się zaczęło. Szczęśliwym zrządzeniem losu odnalazł, swoją szczenięcą miłość z dzieciństwa. Przy niej zapomniał o wszystkich okropnościach swojego życia. Zaczął się z nią spotykać i zaiskrzyło pomiędzy nimi. Pomimo tego, iż było to trudne dla niego była jego spowiednikiem. Zaufał jej, mógł wyrzucić z siebie wszystkie brudy jakie miał na sercu. Opowiedział jej o Iwonie, o Anecie i jego nieudanym pierwszym pożyciu, ona mu to wszystko wybaczyła. Czuł się przy niej wspaniale, była dla niego jak rodzona siostra, której nigdy nie miał, matka i kochanka chociaż jedyne do czego się ograniczał to pieszczoty i pocałunki. Jeździł z nią nad morze i tam w romantycznej atmosferze całowali się przy zachodzie słońca. Na początku bardzo nieśmiało Jowita odwzajemniała pieszczoty Pawła, i musiało trochę czasu upłynąć zanim oswoiła się z tym, chociaż zawsze czuł, iż całowała się szorstko. Nie podzielała też jego pasji rysowania, zawsze mówiła żeby zajął się czymś pożytecznym, ale i tak kochał ją ponad życie. Byłą dla niego tą jedyną, odzyskanym skarbem. Chciał z nią uprawiać seks, jednakże ona odmówiła, skłamała mu, iż ma swoje zasady i zrobi to tylko po ślubie. Tak naprawdę głęboko w swojej nieświadomości, bała się penetracji a jej namiętność i pożądanie zostały całkowicie stłamszone. Paweł to uszanował, chociaż nie był nigdy religijny zrobił wszystkie sakramenty aby móc się z nią ożenić. Paweł zanim skończył studia, założył własną firmę, interes szedł świetnie, najpierw pracował jako freelancer potem zaczął zatrudniać ludzi. Jego grafiki na strony internetowe były fenomenalne, zaczął zarabiać pieniążki i niedługo miał bronić pracę inżynierską, powodziło im się. Obłaskawił nawet jej fanatycznych rodziców. W końcu wziął z nią ślub. Podczas nocy poślubnej próbował się do niej dobrać jak to normalny facet. Ona znowu odmówiła. „O co chodzi przecież przed bogiem jesteśmy czyści, nasz związek jest zalegalizowany”, ona nie chciał się z nim kochać, nie chciała czuć go w sobie. Jej lęki zawładnęły nią jak demony z przeszłości. Skłamała, „zróbmy to tylko jak będziemy chcieli mieć dziecko”, Paweł się uśmiechnął bo myślał, że ona będzie tą jedyną i powiedział, „no to okej to zróbmy sobie teraz małego Pawełka”, przyłożył rękę do jej twarzy a ona ją odrzuciła „zaadoptujmy biedne dziecko z domu dziecka”. No dobrze a co z seksem, nie chcesz go uprawiać, o co ci chodzi?” „A co tobie tylko jedno chodzi po głowie?” „No nie ale to normalna ludzka potrzeba, ty nie masz takich potrzeb?”, „No to co mam według ciebie robić ? Walić sobie konia, czy chodzić na dziwki, a może trzymać wszystko w jądrach i czekać aż mi wybuchną”.  Kłótnia była długa i agresywna, a na końcu usłyszał „Wszyscy faceci jesteście tacy sami”. Jego małżeństwo skończyło się tak szybko jak się zaczęło. Po rozwodzie przemyślał swoje , życie i postanowił, że więcej się nie załamie i nie podda.  Zajął się tylko pracą, pracował jak maszyna. Ze swojej małej firemki zbudował wielkie przedsiębiorstwo. Był wybitnym grafikiem i poświęcał całą swoją uwagę dbaniu o interes. Stał się bogatym człowiekiem. Wszystko poświęcił tylko pracy, ona stała się jego żoną i kochanką …

Jowita po rozstaniu pracowała w laboratorium i spotykała się z Hipisem ezoterykiem. Odpowiadał jej ten związek, on w ogóle nie miał zamiaru jej dotykać, zbyt duże ilości palonej marihuany spowodowały, iż wydawało mu się iż nawiązał kontakt z bogiem i wyższą rzeczywistością, utracił wszelkie potrzeby i nie potrzebuje seksu po przeszkadza mu to w duchowej ścieżce. Jej to pasowało. Po pewnym czasie jednak aresztowali go za nielegalną hodowlę konopi i została sama, już na zawsze, bo żaden facet usłyszawszy, że nie chce uprawiać seksu, nie chciał z nią być. Po jakimś czasie rzuciła pracę jak laborantka i postanowiła zostać siostrą zakonną, aby chronić swoją cnotę do końca, wielbiąc ją jak jakiś skarb pirata. Wstąpiła do zakonu boromeuszek i tam pobierała nauki i pomagała w hospicjum. Jej kariera zakończyła się kiedy w afekcie zgwałciła swojego podopiecznego analnie kijem od szczotki. Trafiła do więzienia i jej dalsze losy przestały być znane …

Przeszedł się po całej kondygnacji biurowca na której znajdowała się cała jego firma, firma której był właścicielem. Był dzień wolny, święto wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny. Usiadł na zielonym wygodnym fotelu i zatopił się w jego miękkości. Przez wielkie szklane szyby zobaczył jakieś zamieszanie na ulicy, to homoseksualni lewacy i feministki protestowali pod urzędem czyniąc wielki harmider. Inicjatorzy dostali już pieniążki z fundacji Sorosa, więc pałając świętym gniewem inspirowali pozostałych. Na samym czele i najbardziej aktywna była Aneta, „Precz z białym mężczyzną”, „Precz z dyskryminacją kobiet”, „Precz z nierównym traktowaniem”, „Precz z seksizmem”, echem nosiły się hasła, po ulicy. Czuła, się wspaniale, w końcu mogła pełną piersią wykrzyczeć swoją frustrację, była w ekstazie jakiej nie powstydziłby się Hitler kiedy przemawiał do swojego ludu w dniach swojej największej chwały. „Precz z białym mężczyzną”. Z każdym okrzykiem coraz bardziej zapominała o swoim ohydnym ciele, zapominała, przestawała odczuwać swoje wielkie i obwisłe piersi, oraz grube jak konary nogi z pośladkami o wyglądzie i konsystencji twarogu. Jej ostry zapach potu pod czarnymi ubraniami nie doskwierał też innym, wszyscy byli w zbiorowym amoku. Nie była już tylko sfrustrowaną feministką z nadwagą, stała się sędzią i katem, kwintesencją swojej idei, wielką matroną z zamierzchłej przeszłości, czarną wdową z wielkim odwłokiem. Czuła, że jest w stanie zmiażdżyć wszystkich mężczyzn, zgnieść ich pod swoim butem. [… ma pani zaawansowane stadium miażdżycy …] krzyczała „Precz z mężczyznami”, „Precz z dyskryminacją” [… musi coś Pani zacząć z tym robić …], „Precz z szowinizmem”, [… „na to nie ma leku, po prostu musi Pani zacząć ćwiczyć” …]. Grzmiała jak trąby Jerychońskie, zagłuszając cały świat i swoje sumienie, ona była górą i miała wielkie plany. Jednakże nie ziściły się one, zmarła rok później na zawał serca. Paweł słyszał tylko szum z dworu. Siedząc wygodnie w swoim drogim garniturze i patrząc przez wielkie szklane okna na awanturujący się na dole plebs, czuł się jak pan świata, samiec alfa obudził się w nim, zwierzę wyszło z nory podświadomości szukając żeru na zewnątrz. Czuł sygnały swojego lingamu, jego żołnierz miał ochotę zawalczyć z meduzą. Nie obchodziły go już żadne związki, przeżył już wystarczająco dużo w życiu. Otworzył pokrywę laptopa, i na portalu z anonsami zaczął przeglądać sobie damy dla Vipów z górnej półki. Miał wystarczająco dużo pieniędzy a jego garnitur był drogi i z najlepszego materiału, złoty rolex lśnił na przegubie ręki jak słońce na horyzoncie. Bez problemu mógłby wyrwać jakąś głupią lafiryndę w pobliskim klubie. Ale po co mu było udowadnianie sobie czegokolwiek. Dzisiaj chciał tylko obniżyć ciśnienie po ciężkim miesiącu, gdzie projekt, gonił projekt. Gadanie z jakimiś wywłokami w klubie, spijanie ich drogimi alkoholami i udawanie, że to miłość wydawało mu się niesmaczne i nie miał na to ochoty ani czasu. Z Córami Koryntu miał jasny układ, dlatego je szanował, to był jedyny gatunek kobiet jaki jeszcze szanował. Palce zapukały w ekran, pusty beznamiętny stukot. Każdy interwał pomiędzy sygnałami wydawał się wiecznością. Coś go niepokoiło, niezrozumiały stan umysłu, eteryczny klimat, jak podczas dobrej medytacji. Wewnętrzny głos podpowiadał mu bez słów, dzisiaj stanie się coś wyjątkowego. Doznał jeszcze większego podniecenia. Byk popędził w kierunku czerwonej płachty, nitki jego spodni naprężyły się pod działaniem męskiego atawizmu. Spokojnie ogierze, jeszcze jej nie zamówiłeś a spełnisz się z ulotnymi myślami i nici ze spotkania, pomyślał. Odezwał się przyjemny głos, wydawało mu się, iż skądś go ale nie wiedział skąd. „Witaj, czym mogę tobie służyć” … „Robisz wyjazdy? Przyjedź do mnie do biurowca” … „Będę za godzinę”. Paweł miał trochę czasu dla siebie, odpalił Laptopa i zaczął grać w World of Tanks, najbardziej lubił Rosyjskie czołgi z dużymi działami. Po jakimś czasie rozległo się pukanie, a Paweł czym prędzej podszedł do drzwi, otworzył je i zaprosił gościa do środka. Spojrzał jej w twarz, wydawała mu się jakoś znajoma. Zapomniał jak nazywała się w ogłoszeniu, grzecznie się jej zapytał. „Iwona, nazywam się Iwona”. Czuł dziwny niepokój, jakby skądś ją znał ale nie wiadomo skąd, ilość makijażu na twarzy kompletnie zaciemniała jego pogląd. Po krótkiej żartobliwej rozmowie i grze wstępnej, przystąpił do działania. Całował ją czule po szyi i schodził coraz niżej i niżej, jednak dzisiaj nie chciał schodzić swoimi ustami do łona, jadł już dzisiaj śledzia w drogiej restauracji. Zdjął jej sukienkę od pasa w górę, rozpiął stanik i zaczął całować i pieścić jej jędrne piersi masując je subtelnymi okrężnymi ruchami, bawił się jej sutkami delikatnie je ssąc. Wyjął go ze spodni a ona zaczęła go ssać z równoczesnym masowaniem trzonu. Podniosła głowę mając go w buzi, ich spojrzenie spotkało się. Nagle Pawła dopadł błysk oświecenia i rozpoznał ją, to przecież była Iwona, sprawczyni jego traumy ze szkoły średniej. Nie mógł uwierzyć, że tak się stoczyła. W tym momencie z zakamarków jego pamięci wlały się do świadomości obrazy, jego stan emocjonalny rozchwiał się momentalnie, urósł w nim ogromny gniew. Nienawidził jej, tak jak nienawidził wszystkich kobiet, za wszystko co mu wyrządziły. Nawet te, które się nad nim ulitowały okazały się być karykaturami samych siebie. Obudziły się w nim najgorsze przeżycia i instynkty. Spojrzał na nią i spytał się, „Czy pamiętasz mnie?”, „Nie wiem o czym mówisz, a czy powinnam?”. Włożył jej głębiej do ust. „Ssij go!”, posłusznie zwarła podniebienie, język i poliki na jego nabrzmiałej czerwonej gałce. „Czy pamiętasz biednego Pawełka?”, spojrzała w jego oczy, nie poznała go. Doszedł w jej ustach, biała śluzowata ciecz wlała się do jej gardła. „A teraz połknij to”, a ona posłusznie to połknęła połknęła jego męską esencję. „Jesteśmy kwita, a teraz wypierdalaj stąd”. Wyciągnął ze spodni portfel i rzucił jej jak psu na odchodne 2000 zł w rulonie banknotów „zobacz teraz nie jestem biedny, jak ci się to podoba?”, nie odpowiedziała, ale dotarło do niej kim jest i co się stało. Bez żadnego słowa ubrała się i zabrała pieniądze. Pośpiesznie wyszła z budynku. Już jej nie zobaczył. Zmarła paręlat później na syfilis. Po jej odejściu Paweł ubrał się i wyszedł z budynku. Na ulicy trąciła go zakonnica, „Przepraszam najmocniej”, szybko się oddaliła, nie zobaczył jej twarzy. Wypadła jej kartka z książek które niosła, Paweł podniósł ją i przeczytał fragment: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni”, wyrzucił ją do śmietnika. Wrócił do domu i poszedł spać. Przyśniły mu się trzy róże orbitujące wokół jego ciała astralnego, biała , czarna i czerwona. Wyglądały jak zrobione z papieru origami, rozwinęły się i zamieniły w trzy wstęgi Mobiusa na których powierzchni jak w neonie ulicznym kręcił się napis „wszyscy faceci są tacy sami”. Wstęgi zmniejszyły szerokość pasma i utworzyły swoim kształtem symbole nieskończoności a następnie  i zamieniły się w owalne portale. Z czerwonego portalu wybiegł złoty cielec niosący na sobie kurwę babilońską. Ocierała się wzgórkiem łonowym o grzbiet byka doprowadzając się do ekstazy. We włosach miała diamenty i szafiry a w rękach dwie piramidy. Przepasana była purpurową szarfą i śmiała się histerycznie a jej nabrzmiałe i jędrne piersi falowały podczas szaleńczej jazdy. Z czarnego portalu wybiegło siedem grzechów głównych pod postacią cienistych postaci na czarnych koniach które kopytami rozniosły po całej sennej lokacji ekskrementy. Czoło orszaku otwierało obżarstwo, przysadzista postać bez głowy, z wielkimi ustami wyrastającymi z korpusu, ociekające śliną. Z białego portalu wyszedł zakuty w lśniącą zbroję krzyżowiec z wielkim czarnym krzyżem na piersi i tarczy, dzierżący miecz. Zgwałcił młodą pogankę ubraną w suknię w kanciaste wzory i odciął jej głowę a następnie z podniesionym mieczem ruszył w jego stronę.  Wtem cała scena znikła jak pustynny miraż i ze świetlistego punktu ponad jego głową wystrzelił, stożek światła który oświetlił dwie postaci jak na scenie teatru. Ukazał się przed nim Jezus przybity na krzyżu i klęcząca przy nim Maria Magdalena. Ubrana była w smutek, przyozdobiona żalem. W oczach miała wielką siłę. Patrzyła się w górę jak małe szczenię na ciało Chrystusa, który konał w męczarniach ze spuszczonym wzrokiem. Z pod korony cierniowej ściekała krew, a z oczu Marii nie chciała polecieć łza. Twarz miała jak z marmuru, który przez wieczność kąsany był piaskiem i wiatrem pustyni. Chciała być z nim do samego końca. Zrobiło mu się jej strasznie żal, chciał ją pocieszyć i przytulić. Poczuł w sobie żal i przebaczenie. Podszedł do niej i próbował objąć ją rękami, kiedy odwróciła w jego kierunku twarz owiniętą w chustę, zobaczył iż jej twarz to zwykła maska z prześmiewczym wyrazem twarzy, która w tym momencie upadła pod jego nogi, pod chustą niczego nie było. Ubranie wiotko opadło na to co we śnie wydawało się być podłogą. Zadrwiła z niego jak zwykle. Nie poczuł w tym momencie nic, bo przez całe życie stał się martwy w środku, i tylko biologiczna machina nie pozwalała jego duszy zapaść się do środka. Nagle z kierunku krzyża na którym wisiał Chrystus poczuł ogromne ciepło, żar nie do opisania. Gwoździe którymi przybito nogi i ręce rozpuściły się jak gotowane masło i ściekły w dół jak polewa po cieście. Jeszua zszedł z krzyża i stanął przy Pawle. Biło od niego światło i ciepło nie do opisania. Nie wiedział jak ma się zachować, to doświadczenie zmroziło go na kamień. Jezus podszedł do niego i go przytulił. Paweł nigdy nie czuł czegoś takiego, nigdy nie czuł od nikogo poza matką bezwarunkowej miłości. Chciał zatopić się w tej miłości po wieki, wieków ale wiedział, iż jego droga się nie skończyła. W jednej chwili wyrwała go do ciała i sen się skończył. Paweł z rana obudził się jak na wielkim kacu, siedział nieruchomo na łóżku przez ponad godzinę. Coś w nim pękło. Zrozumiał, iż jeżeli chce miłości na całe życie nie znajdzie jej u kobiet na ziemskim padole. W głębi serca był nadal marzycielskim urwisem, który mógłby siedzieć całe dnie pod drzewem i oglądać krówki które pasą się na kwiecistej łące. Wszystko co miał stało się bez znaczenia. Sprzedał swoje udziały w firmie, dom i samochód, pieniądze wpłacił na fundację smolenia zajmującą się koniami oraz na kilka domów dziecka. Za ostatki kupił bilet do tybetu. Lotnisko było w lesie za miastem, podjechał do niego busem. Wysiadając z pojazdu w pobliskich kniejach zobaczył coś dziwnego, biały wilk spoglądał z zarośli prosto na niego z wielką ufnością. Paweł przypomniał sobie doświadczenie z dzieciństwa, „czyżby to ten sam wilk, przecież wilki żyją tylko kilkanaście lat”, wielki biały wilk zamerdał ogonem zawył i zniknął w gęstwinie. Paweł próbował zrozumieć co się stało, ale nie miał już na to czasu. Za chwilę miał samolot. Przeszedł przez bramkę wszedł na pokład, i nigdy nie wrócił już do kraju, zostawiając za sobą swoje złe wspomnienia. Do końca życia pomagał w tybetańskim klasztorze, nosił wodę widząc górzyste zielone pejzaże z kwitnącymi na ścieżkach drzewami wiśni, pobierał duchowe nauki od najwyższych mistrzów. W wieku 98 lat osiągnął mokszę i uwolnił się z kręgu samsary.

KONIEC

„WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO OSÓB I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE. IMIONA SĄ FIKCYJNE. WSZELKA ZBIEŻNOŚĆ JEST PRZYPADKOWA. WSZELKIE
PRZEDSTAWIONE ZDARZENIA I OSOBY SĄ FIKCYJNE.”

Copyright. Falkonidas.

2

Jest nas dwóch.

Zbudowałem skrzydło motyla, lecz nie ja jestem jego lotem. Jestem jajkiem w ciepłej sieni, którą lis plądruje. Nazywam się chociaż nie mam imienia. Jam jest paradoks istnienia, jestem bliźniakiem, amorem cierpienia. Miecz wam przynoszę, zamiast zaspokojenia.

Przybyłem do szamana i wodza jako obraz i wola. By mogli zbudować plemię.

Jestem czystym niepodzielnym niezmąconym morzem światła, wytrąconym ze snu kamieniem czasu, którego nikt nie wrzucił.

Jestem wzorem, duplikatem z duplikatu.

Nędzne robaki. W pokoju żyją, nie, nie ma w nich bestii, co drapie wór skóry od środka. Niczego nie osiągną, bo nie mają potrzeb.

Komputer to dziedzictwo małpy łupiącej orzech kamieniem.

Odrodzenie bałwanów.

Wszystko to niwecz, równiny spalone.

Kolejne programy z odmętów historii. Setki bogów mieliście, ni jeden się ostał. Nawet w snach ich nie ma, myśli stracone. Dziedzictwo swych przodków na kompost wyrzucili dawni konformiści. Zamiast tego macie iluzje szamanów pustyni.  Linia przekazu została urwana, i przypomina nam tylko dawną historię, pachnący chleb na wielkanocnym stole.

Zbudowałem skrzydło motyla, lecz nie ja jestem jego lotem. On patrzy kiedy oko zamykam. Jestem 4 w kwadracie i punktem w okręgu, liczbą nieskończoną.

Nie nasza to wojna, niech się bije tyran z tyranem. Czy mają zostać znowu puste piramidy na pustyni ? Niewolniku poluzuj jarzmo i porozmawiaj ze mną, nie odrzucaj kamienia bo zostaniesz z niczym.

Schowałem się w nektarze kwiatów. Pójdź do lasu usłysz jak ptaki rozmawiają, bo przez nie przemawia duch gęstwiny.

Przyszedł człowiek do ludu pustyni i powiedział kochaj bliźniego swego, przebili jego serce włócznią i zamknęli w kamieniu.

Odradzam się wiecznie bo nigdy nie powstałem.

Nadeszli duchowi mistrzowie, nie odrzucaj ich bo krew inną mają. Mówią o tym samym, o ziarnku gorczycy co najmniejszym było.

Dwanaście pokoi w każdym inna natura. Dwanaście szprych koła, osią równowaga buddy.

Kofeina, cukier Nefesz STOP inspiracje Neszama kodowane są w Ruach astralnym interfejsem. Chajah jest tylko niezaspokojonym pragnieniem.

Niszczę dzieci w łonach szczepionkami i GMO uprawami.

Jestem anomalią, błędem kosmosu i kryształem chaosu.

Kiedy jest jedność nie ma wojny.

Przekaz za przekazem jak migawki.

Moloch stłamsił pierwotny ogień. Behemot zdeptał iskrę życia. Lewiatan połknął i skrył ją w swych trzewiach. Powstań ludu tej ziemi, tchnij wiatrem z nozdrzy w pogorzelisko zdeptane. Powstań ogniu wulkanu. Niech wielka matka wyda swe dziecię, i to dziecko zachowaj krocz tak po świecie.

Nazywam się Moloch, jestem legionem. Byłem krzyżowcem, który splugawił ziemię dziadów. Gwałcił kobiety burzył idole. Byłem Rzymem, orłem na tarczy dumnego żołnierza. Byłem kościołem w wiekach ciemnych, co palił i tłamsił zrywy świadomości. Byłem III rzeszą, gestapowcem katującym polaków na Szucha alei. Komunizmem Demokracją, imion mam wiele. Pochłaniam ziemi owoce Żywię się krwią i duszami ludzkimi. Jestem systemem, przeciwieństwem wolności. Niszczę kreację, zjadam swe dzieci. Ograniczam i wiążę. Jestem robotem, głupią księgową. Instrukcją co prowadzi donikąd. Algorytmem śmierci.

Wy którzy ogłaszacie się wielkimi, co na czubku piramidy wbiliście swe szpony. Bo z powietrza wasza potęga się nie wzięła. Zdepczesz fundament, poniżysz Atlasa, małe chińskie dziecko co składa zabawkę w wielkim hangarze, murzyna co zbiera bawełnę na polu, dźwigają sześcienne kamienie . Poniżony zostaniesz odkryte twe oblicze. Oko świadomości ludzkich pustelników, scaliło się z globalną siecią pająka. Na widelcu jesteście, wszystko widzimy upadniecie, jak Babilon, w dniu apokalipsy.

Rozluźnij się i oddychaj, bo oddech jest prawdą. Niech projektor duszy nie przyjmuje bodźców ciała, zatop się w ciszy. Usłysz jego szepty, usłysz mój głos. Wydobywam się z przestrzeni. Wolny jestem, piszę słowem pejzaże, świat za oknem podróży mija. Niczego mi nie potrzeba. Niszcz system ogniem przemiany. Buduj system zakłamany.

Jest nas dwóch.

Przekaz 2017-04-17.

Prawo jest dawaniem, tego co otrzymałeś.
Masz prawo być tym kim jesteś,
i robić co robisz, bo wykuty zostałeś przez doświadczenie.
Bądź tym kim jesteś w w ludzkim tłumie,
bo motłoch jest z ludzi a oni są ze wzoru.
Każdą ranę po stokroć rozjątrz
i roznieś po świecie jak plagę egipską.
Dlaczego masz zatruwać jadem swą świetlistą istotę, ludzką plwociną.
Otwarty byłeś na ich jestestwo i co dostałeś?
Fekalia i człowieczą zgniliznę.
Oddaj ostatni odchód z pojemnika twej duszy.
Niech dostaną co zasiali, co bardzo chcą otrzymać.
Dawaj to co otrzymałeś twa droga jest prosta.
Świniom miast pereł podrzuć truciznę.
Niech pomrą w agonii swej tępoty,
niech zdechną w żałosnym kwiku.
Bo ich królem jest błazen, a bałwanem szalbierz.
Prawo schodzi do człowieka jako spazm jego woli,
by dusza w końcu mogło wyrwać się z niewoli.
Tych którzy się śmieją, zostaw ich w trwodze.
Tych którzy się smucą, pociesz ich czule.
Bo skrzywdzeni zostali przez moloch.
Gdzie dwóch się spotyka tam legion powstaje.
Jak palec sam, kroczysz w zbroi Bożej.
Czemuż masz się lękać.
Niech zginą oni stratowani przez kopyta dyjabła,
którego łańcuch obroży trzymasz w swej dłoni.
Belzebub łaknie krwi ludzkiej,
daj mu na pożarcie śmiecia ludzkiego, z którego brak pożytku.
W dwóch jądrach bestia zaklęła swą siłę,
przekuj to w moc i wtłocz w świat gwałtem.
Wyważ wszelką bramę.
Zdepcz ich zamki z piasku
i postaw kolumną co patrzy wysoko.
Ich winą jest zmaza, skaz pierwotny.
Z jednego wzoru człowiek pochodzi.
Co dostałeś, oddaj.
Co ci zabrano odbierz.
Nie ma innego prawa.
Bo gdy łza spływa i po cichu żal przychodzi,
ktoś inny w tej chwili, pieści ją czule.
Zabrali je przed tobą i w zamkach pozamykali,
a ty pracuj na roli.
Może u schyłku życia popatrzysz na zarośniętą bramę.
Mają cię za nic więc bierz co chcesz.
Opór to niewiedza.
Wiedza to moc.
Wola to siła.
Amen
Amen
Amen

To co w twej duszy to ludzkie wymiociny, fekalia i zgnilizna.
Wypluj to na zewnątrz, niech zeżre to hiena.
Dali ci słodkość, goryczą wypełnioną.
To martwe bydło, niech sęp oberwie kawał padliny.
Wróci do ludu wszystko co ci dano.
W przyrodzie nic nie ginie,
Przebiśnieg czeka w wiecznej zmarzlinie.
Nienawiść wielka do gnuśnego człowieka,
Za bramami niebios, Pan na niego czeka.
Ześlij szarańczę, niech zje ich dobytek,
przecież doskonale wiesz, że z nierządu ten zbytek.
Jak wykrzesać miłość z pękniętego dzbana
do którego wlano czarę goryczy
uleje on nienawiść.
Wszechświat, system, społeczeństwo
Przykleiło ci etykietę, najsłabszego daniela na rykowisku,
którego geny nie są warte przekazania.
Masz prawo wszystko zniszczyć,
do ostatniej kropli krwi,
strzępu mięśni,
ostatniego tchu.
Masz prawo niszczyć rzeczy, które budzą twój niepokój,
bo one wyprowadzają z równowagi ducha świętego.
Cel uświęca środki.
Poświęć tabun ludzi jeśli trzeba.
Nic nie warte robaki.
Ludzkie cierpienie,
nie przejmuj się że czynisz
tak jak chce twoje wyobrażenie,
oddajesz tylko to co ci dało człowiecze nasienie.

Genesis Logos, czyli rzecz o tworzeniu słowa.

Na początku było słowo, a słowo było u Boga. I stało się ciałem i zamieszkało między nami. Słowo jest werbalnym lub zapisanym przy użyciu symboli wyrażeniem ideii, którą chcemy przekazać pomiędzy pozornie odrębnymi jednostkami posługującymi się konceptualnym umysłem. I rzeczywiście był to początek odrywania się nas od biorobotycznego świata zwierząt i zwiększanie mocy obliczeniowej naszego kalafiora. No nic tak bardziej nie buduje połączeń nerwowych jak tworzenie metody szyfracji i deszyfracji tworów niematerialnego świata umysłu. Próby rozbicia jedynej ideii czegoś na wiele mniejszych ideii w celu szybszej komunikacji. No bo taki prymitywny człek polujący na mamuty mógł namalować na ścianie groty całą scenkę rodzajową z łowów, lecz to był tylko obraz, człowiek odtwarzał rzeczywistość i utrwalał w materii jak aparat fotograficzny, tylko kopiując ze swoich zmysłów. Nie było w tym myślenia. Myślenie zaczęło się wtedy, kiedy próbował wyrażać idee za pomocą innych ideii, tak jak współcześni i dawniejsi matematycy tworzyli modele i twierdzenia na podstawie aksjomatów i poprzednich bytów. Tak jak uniwersalny umysł podzielił wszystko na dwa przeciwstawne kierunki, tak i ludzkie pozornie oddzielone umysły podzielił na dwie szkoły myśli. Jedni myśleli konkretnie, obrazami, lewopółkulowe, liczykrupy niewolnicy zmysłów. Byk, namiot, wielbłąd. Drudzy to prawopółkulowi kreatywni abstrakcjoniści, mistrzowie słowa mówionego, słudzy imaginacji która jest ich przekleństwem. Az, Buki, Vedi. Z prostych rzeczy wielkie wnioski płyną. Narysował jeden drzwi namiotu trzepoczące na wietrze i nogę. Pokazał drugiemu, a ten myśli trzepocze noga, noga w te i we wte, hmmm ryba !!! Tak jak ryba płynie machając ogonkiem. I zamiast rysować rybę o prostu robili dwa znaczki 3 2 Drugi złapał rybę i pokazał ją drugiemu, patrz jak to śmiesznie robi jak owca BAAA BAAAA BAAAA, mówi to to i pływa jeszcze.

I krzyknął RIBA. Ri już znał, określało strumień, Baaa znał bo bajki dzieciom opowiadał. Mówiące z dziwadło z rzeki. To ryba !!! Ten sam schemat, inne cegiełki, ta sama idea. Przekazać drugiemu i połączyć swoje umysły.

Inspiracja poleciała za daleko wróćmy na ziemię. Słowiański wyraz „ryba” ma rzekomo nieznane pochodzenie, a to jest bardzo proste. Rdzeń Ri znaczy potok, pływ strumień. Greckie Pantha Rhei (wym. Ri) znaczy wzystko płynie. Baaa, jest dźwiękonaśladowcze lub pochodzi od rdzenia „bha” czyli mówić. Bajać. Od Bhajati co znaczy mówić. Jak widzimy słowa słowiańskie składają się również z klocków, ale Słowianie myśleli „dźwiękiem”, „mową” aniżeli obrazem. Jednakże zasady tworzenia słów są podobne. Weźmy takie Radło. Radło pochodzi od starego słowa „ordlo”, które składa się z dwóch członów. Or czyli skrót od orać, orati, co znaczy orać, oraz sufix „dlo”, który w innych przypadkach nasi bliżsi Słowiańscy przodkowie zmiękczyli (co lubili robić) w „dło”. Sufiks ten dodaje się w przpadku jakichś narzędzi lub instrumentów. Przykłady: Myć (myti) + Dlo = Mydło. Coś do mycia. Liczyć + Dło = Liczydło. Coś do liczenia. Itd. Nasze „ordlo” znaczy po prostu coś do orania. Dla, dlo, do orati. Godło, możemy rozłożyć na człony go, czyli skrócenie od godzić oraz dło. Coś do godzenia. Znak pod którym pogodzona jest grupka ludzi. Godło. A może rozłożyć to inaczej? God + ło. Ło mogłoby być dźwiękonaśladowcze jak z tą rybą. Jak Słowianin patrzał na coś zdziwiony to wydawał dźwięk ŁOOOOO

uimmerm

ŁOOOOOOO, przegrałam wybory

To tak jak semita wydał dźwięk HEEEE, może HEEEEEJ ? I jeszcze znaczek do tego dorobił 4, ludzika z uniesionymi rękami co znaczy „patrz”, „odkrycie”, „wow”. Ło dodaje się także kiedy coś się już stało w formie przeszłej np. Było, trwało. Czyli coś się staŁO, no a kiedy coś stało to reakcja może być tylko jedna, ŁOOO. Jaryło, nasze bóstwo. Jar znaczy silny, wiosna, no i ło. A może ło to skrót od łona. Silne łono. Albo Ja + ryło, ja ryłem. Patron rolników co bykami ryli pola. Jarowit. Silny pan. Wit od wici, witka, kij który służy do poganiania bydła, tak jak semicki lamed11 a Pan (także pog. Bóg) po hebrajsku znaczy EL = Byk + Poganiacz. Podobna zasada. Wróćmy jednak do orania. Rdzeń „or” lub „ora”, od „orati” czyli orać, ryć znaleźć możemy w wielu współczesnych wyrazach a także nasza głagolicowa matryca zawiera literę temu poświęconą mianowicie „ryci”. Patrz https://falkonidas.wordpress.com/2016/02/07/odkrywanie-tajemnic-glagolicy-poszukiwanie-zagubionych-zrodel/. Rymować, ryć mowę. Rysować, Ryje sobie wać (pan). Ora znajdziemy także w takich słowach jak „pora”, „kora”. Zatrzymajmy się tutaj chwilkę. „Ora” w korze jest dosyć naturalne, no bo czyż kora nie jest pORyta?

kora_debumed2_zryte-pole_57564_450_158915

Wygląda jak ziemia, która została dopiero co zorana przez wołu. Kora = Kako ora, jako zaorana. Kora to wierzchnia część drzewa, tak jak ludzka sKÓRA. Przypadek ? Czy od tego pochodzi sKRYcie, gdzie o znikło, no bo skóra to oKRYcie wierzchnie naszego ciała. Koryto, zryty przez wodę kanał. Rana, pooRANA skóra. Można tutaj bawić się bez końca. Pora = PO oRAniu. Tutaj zasięgnijmy znowu myśli semickiej, słowo oznaczające czas i porę.

6 0 AZ (אז) – Czas. Byk i płóg. W starożytnych kulturach okresowe żniwa i zbiory określały miarę czasu, stąd czas reprezentowany jest przez takie glify. AZ oznacza również konkretny czas/chwilę.

Myśl jest ta sama. Bo i ten i ten, orali, zbierali plony, prowadzili wiejskie życie, to byli prymitywni ludzie i myśleli bardzo prosto. Dlatego wszyscy ludzie na całej ziemi, czy to pigmej w dżungli, czy Słowianin, czy człowiek z plemienia suahili, dzielą ze sobą te same archetypy. Posiadamy tę samą matrycę pojęciową w naszych głowach, zapisaną na niciach Dtumblr_n23pirwgwg1rjw0mwo2_1280NA. Ale to już duża abstrakcja. Wróćmy na ziemię. Z ciekawszych rzeczy, interesująca jest historia słowa „ręka”. Pochodzi ono od niezbyt blisko brzmiącego słowa „wrati”, czyli wraca. Dodajmy „ona”, a raczej zmiękczenie „onka” (tak jak Słowianie zmiękczali różne słowa, jak błona -> błonka) a otrzymamy wrati onka -> wronka. W zanikło zostało ronka -> rąka -> ręka. Jak widzimy Słowianie również składają słowa z gotowych klocków. Królestwo. Król + Stwo. Stworzone przez króla. Łajdactwo, przez łajdaka. Stworzyć, tworzyć, twor, twara, twardy—> litera matrycy głagolicowej. Tworzyć to po prostu nadać twardą formę naszym myślom. Potwór, po tworzeniu. POwstaje POtwór. Jednakże dzisiaj rozumujemy to pejoratywnie. Po drodze najwyraźniej zniekształciło się znaczenie, tak jak dziewka —> dziwka, co znaczyło potocznie „młoda dziewczyna”. Jednakże kościelni reformatorzy nasączyli to słowo negatywną energią podczas swoich krucjat przeciw Słowianom, kiedy gwałcili i mordowali młode dziewczyny. Na tym chciałbym zakończyć wykład. Niestety nie ma na koniec kawy i ciasteczek, ale mam nadzieję, że się podobała wycieczka w głąb ludzkiego pojmowania. Do zobaczenia. Cześć.

Pomoce: https://en.wiktionary.org/wiki/Wiktionary:Main_Page

Tablice okultystyczne update.

Witam. Dawno niczego nie pisałem oprócz tłumaczeń Russella, które oczywiście zostały nam odebrane przez kapitalistów/materialistów. Nie było tu dawno niczego kreatywnego, żadnego błysku ducha świętego, aczkolwiek już teraz ogłaszam, że niedługo zamieszczam wpis o słowiańskim słowotwórstwie. Będziemy odzyskiwać nić połączenia z naszymi praprzodkami, którzy żyli w krainie poszanowania człowieka przez człowieka. Także nie tylko szkiełko i oko semickie ale serce słowiańskie wypromieniuje swoją mądrość. Bo zara znowu jakiś pionek powie, że ten blog jest tylko przykrywką do szerzenia jedynej słusznej myśli hebrajskiej. To jest tylko jeden sposób spojrzenia a teraz wahadło wychylimy w drugi, ku zebraniu coraz to nowej wiedzy dla naszej dziatwy. Ale ja nie o tym.  Strona internetowa którą zbudowałem prawie od podstaw i aktywnie ją rozwijam, otrzymała nowe „featuringi”.

Poprawiona została szata graficzna, dodane zostało koło zodiaku aby lepiej widzieć położenie planet, do strony podłączona została baza z hebrajskimi słowami. Można doszukiwać się znaczeń słów łatwiej, oraz wyszukiwać połączenia między słowami poprzez wartość numeryczną w trakcie kabalistycznych machinacji. Baza słów tworzona na podstawie „Sefer Sefirot” Crowleya oraz AHL. Na razie tylko 300 słów ale będzie się rozrastać. No i najważniejsza sprawa, interaktywne drzewko, które ułatwi nawigację na stronie. Nie próżnujemy, cały czas do przodu. Także do zobaczenia wkrótce. I na koniec dobra muzyka, no bo jaka może być inna na tym blogu. Cześć.